Brzmi jak: laxigen, bo zbroja obsrana!
Najpierw spójrzcie na ocenę poniżej. Tak, pełna dycha. Blaze
Bayley na dobre pojednał się ze zdradzonymi
w 1994 roku kumplami i Wolfsbane powrócili z najlepszą płytą w karierze. Zawsze
byli bardzo dobrzy, ale brakowało kropki nad „i”. Kropka jest, szkoda że wydana
własnym sumptem i pozbawiona wsparcia firmy płytowej. Jedenaście rewelacyjnych
numerów, łączących stary, dobry brytyjski metal z nieznacznymi wpływami punk
rocka (tego wesołego, ale nie pop punka bynajmniej, np. „Live Before I Die”) i
pompatycznymi hymnami Meat Loafa (np. „Illusion Of Love”). Jedenaście
potencjalnych hitów, ani jednego wypełniacza. Jak zwykle mądre i życiowe
teksty. Fenomenalna forma wokalna Blaze’a, który dupy dawał tylko w Maidenach.
Tu nikt mu nie każe śpiewać od linijki, więc pozwala sobie na różnorodne
wyskoki w nietypowe skale, jego inwencja w tej mierze powala. Ostatnim
brytyjskim heavymetalowym krążkiem, który kupił mnie od pierwszego
przesłuchania, był „Brave New World”. Niech będę bluźniercą, wszak jestem nim
od dawna. Wolfsbane przebił Ajronów. Same hity! Melodie wbijające się w głowę
na tyle mocno, że trudno uciec od podśpiewywania. Polecam na wyprawy rowerowe –
miny mijanych ludzi bezcenne! Rock’n’roll, jakby znów były lata
osiemdziesiąte!!! Więcej na www.wolfsbanehms.com
Vlad Nowajczyk [10]

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz