sobota, 4 sierpnia 2012

WOLFSBANE „Wolfsbane Save The World”


Brzmi jak: laxigen, bo zbroja obsrana!
Najpierw spójrzcie na ocenę poniżej. Tak, pełna dycha. Blaze Bayley na dobre pojednał się  ze zdradzonymi w 1994 roku kumplami i Wolfsbane powrócili z najlepszą płytą w karierze. Zawsze byli bardzo dobrzy, ale brakowało kropki nad „i”. Kropka jest, szkoda że wydana własnym sumptem i pozbawiona wsparcia firmy płytowej. Jedenaście rewelacyjnych numerów, łączących stary, dobry brytyjski metal z nieznacznymi wpływami punk rocka (tego wesołego, ale nie pop punka bynajmniej, np. „Live Before I Die”) i pompatycznymi hymnami Meat Loafa (np. „Illusion Of Love”). Jedenaście potencjalnych hitów, ani jednego wypełniacza. Jak zwykle mądre i życiowe teksty. Fenomenalna forma wokalna Blaze’a, który dupy dawał tylko w Maidenach. Tu nikt mu nie każe śpiewać od linijki, więc pozwala sobie na różnorodne wyskoki w nietypowe skale, jego inwencja w tej mierze powala. Ostatnim brytyjskim heavymetalowym krążkiem, który kupił mnie od pierwszego przesłuchania, był „Brave New World”. Niech będę bluźniercą, wszak jestem nim od dawna. Wolfsbane przebił Ajronów. Same hity! Melodie wbijające się w głowę na tyle mocno, że trudno uciec od podśpiewywania. Polecam na wyprawy rowerowe – miny mijanych ludzi bezcenne! Rock’n’roll, jakby znów były lata osiemdziesiąte!!! Więcej na www.wolfsbanehms.com
Vlad Nowajczyk [10]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz