czwartek, 23 stycznia 2020

MIWA “Hell Is Real”


Brzmi jak: GĘSTY, wirtuozerski heavy/thrash
Pierwsze wrażenie? Piekielna, deathmetalowa wręcz gęstość muzy. Dzieje się tu tyle, że można by obdzielić aranżacjami kilka płyt. Jednakże panta rhei, wszystko to współdziała, wszystko w służbie melodii. Wyśmienite gitary, podparte wirtuozerską sekcją (Billy Sheehan / Sean Elg). To z pewnością najcięższy album, na jakim zagrał ten fenomenalny basista.
Z tych wężowych splotów wyłania się głos Miwy. Czyste partie są bardzo dobre, ale nie genialne. Genialne jest to, jak przechodzi ze śpiewu do thrashowego wrzasku i z powrotem. Genialnie mruczy, by za chwilę krzyknąć. Aranżacje wokalne na “Hell Is Real” to poziom niespotykany. Duży w tym udział gitarzysty Seana Lee, który na co dzień jest... nauczycielem śpiewu.
Pomimo ewidentnej przebojowości i natychmiastowego wchodzenia w ucho, płyta to na wiele uważnych przesłuchań. Każda ścieżka instrumentalna i wokalna zasługuje bowiem na skupienie się tylko na niej. Mamy styczeń, a już wyszedł potężny cios z undergroundu. Tak, undergroundu.  Na debiucie Miwa grał niejaki Chris Slade, a i tak nie słyszeliście tamtej płyty. Teraz będzie inaczej.
Vlad Nowajczyk [9.5]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz